Ponieważ do Dolomitów dotarliśmy dopiero w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek rano trzeba już było ruszać na szlak, czas na oswojenie się z biegówkami skrócił się do minimum. To był naprawdę wymagający dzień adaptacyjny — przyjazd późnym wieczorem, a z samego rana od razu wypchnięcie na trasę.

Chłopaki wysadzili mnie przy Nordic Arenie, skąd miałam wrócić do naszego obecnego domu. Nie poszło to jednak tak sprawnie, jak planowałam, bo przez rok zdążyłam zapomnieć kilka lokalizacyjnych szczegółów. Po dobrym kwadransie kręcenia się w kółko i narastającym zwątpieniu, mniej więcej po 45 minutach w końcu trafiłam na właściwy szlak. Trochę czasu zajęło mi też odnalezienie drogi biegnącej wzdłuż Dobbiaco.

W końcu dotarłam do przyjemnej, słonecznej przestrzeni. Niestety, za każdym razem, gdy chciałam zrobić ładne zdjęcie, wiał silny wiatr. Śladów było mniej niż w zeszłym roku — prowadził mnie tylko niebieski. Gdy dotarłam do znajomego skrzyżowania, z którego już blisko do jeziora Braies, uznałam, że dalszą część trasy pokonam busem. Szlaku do Ponticello nie było, a nawet gdyby istniał, droga i tak prowadzi tam cały czas pod górę…