Wyjechaliśmy z domu o 6:00 i jeszcze raz o 6:15 (tak to jest jak się zapomina powerbanków). Trzy godziny później jesteśmy w Czechach i trafiamy w gęstą mgłę. Na boki to nie widać nawet ogrodzenia autostrady, do przodu jest trochę lepiej bo na ok 300m widać słupki. Jakoś jedziemy, na dobre mgła odpuszcza przed Brnem. Tu jest za to zielono i co chwila widzimy jakieś zwierzęta (stada saren, koziołków, łabędzi, kaczek a nawet zające). W samo południe jesteśmy w pustym Wiedniu.

Nawigacja zaproponowała nam jazdę S6, czasowo wyjdzie na to samo ale mamy jechać krócej o 70km. Nie powiedziała tylko że tu po drodze nie ma nic do jedzenia… Dopiero po 14:00 synek znajduje nam otwartego chińczyka gdzie ryz podają w beczułkach.

Najedzeni ruszamy na ostatnie 250km naszej podróży, niby blisko, ale przed 17 zaszło słońce a to mocno utrudnia prowadzenie auta na górskich serpentynach. Mimo że znaki pozwalają jechać do 100km/h to ja ledwo jadę 80km/h. W takich warunkach bardzo przydaje się funkcja w samochodzie „automatyczne światła drogowe” odpada ciągłe machnie wajchy.

W Lienz tankuje auto (wiadomo że we Włoszech będzie drożej) i zaraz jesteśmy w docelowym kraju. W międzyczasie dzwonią do nas z hotelu o której będziemy. Pani porozumiewa się po polsku co nas mocno dziwi 

Na miejsce docieramy 19:15 czyli po 13 godzinach od wyjścia z domu. Gdyby nie podwójny wyjazd, mgła i szukanie obiadu to może bylibyśmy godzinę wcześniej.

Po szybkim zameldowaniu udaliśmy się na 4 daniową obiadokolację: przystawka, zupa, danie główne, deser. Ledwo wstaliśmy od stołu…

Jutro po śniadaniu zaczynamy białe szaleństwa