Po dziewiątej opuszczamy hotel, w Toblach zostawiamy naszą narciarkę biegową, sami udajemy się do „trzech szczytów” gdzie w zeszłym roku kończyliśmy sezon narciarski.

O 10:30 jesteśmy już w gondoli na Elma. Pierwsze zjazdy nie są najprzyjemniejsze, ale pamięć mięśniową mamy dobrą i już po chwili wiemy po co tu przyjechaliśmy. Nie wiadomo kiedy wpadła też pierwsza czarna trasa…

Pogoda podzieliła ośrodek na cześć słoneczną (szczyty) i mglistą (doliny), najgorsze jest przekraczanie tej granicy. Jeździmy wszędzie i po wszystkim. Miejscami jesteśmy sami, czasem jest króciutka kolejka do wyciągu (max 20 osób). Na czarnej Holzriese igram z ogniem (nie wiem jak mi się udało to ustać).

Przed 14 robimy sobie przerwę obiadową (pasta i sznycel) praktycznie bez czekania. Najedzeni wracamy  w okolice samochodu (zajęło nam to ok 40min). Jako że zbliża się 16:00, robimy jeszcze dwie dłuższe trasę i wracamy na nasz parking. Tu na koniec wskakujemy na znaną z zeszłego roku kanapę która na początku szoruje po śniegu 浪 i tym krótki (zaledwie 700m) zjazdem kończymy pierwszy dzień. Sami nie wiemy jak to się stało,  ale zegarek pokazał prawie 50 zjechanych kilometrów.

Wracając robimy w Toblach drobne zakupy, w hotelu jesteśmy jakoś przed 18:00, ustalmy nasze wieczorne menu i mamy chwilę na umieranie .

O 19:00 idziemy na kolację, która kończymy mocno po 20:00 No ale tak to jest jak trzeba zjeść 4 dania i napić się Bombardino. Wieczorem miał być krótki spacer, ale nikt nie miał siły zejść z łóżka.