Kolejny dzień wietrzenia głowy i zostawiania zmartwień za sobą.

Tym razem chłopaki wysadzili mnie o poranku nad jeziorem Landro. Sama nazwa brzmi poetycko, ale pora dnia była zdecydowanie nie ta — dotarliśmy tu zbyt wcześnie. Słońce nie zdążyło jeszcze zejść do doliny, więc o dobrych zdjęciach nie było mowy. Dopiero po kilku przebytych kilometrach zrobiło się znacznie lepiej: słońce wspięło się wyżej, a światło zaczęło rozlewać się po całej dolinie. Ja zaczęłam rozmarzać…

Wróciłam swoją ulubioną, dobrze znaną trasą, więc wszystko szło sprawnie. Większość drogi pokonywałam w przeciwnym kierunku niż reszta ludzi — oni dopiero zmierzali w stronę jeziora Dobbiaco albo Landro, a ja już wracałam znad nich w stronę Areny. Szlak prowadził niemal cały czas z górki, dzięki czemu bez wysiłku zrobiłam 22 kilometry i zdążyłam jeszcze na autobus do naszego Ponticello.