Ostatniego dnia pobytu udaliśmy się do Cortina, ale nie do tej olimpijskiej 2026 tylko do Falorii. Na parkingu pusto, według aplikacji dla narciarzy wyciągi obłożone w 10%. Zaczęliśmy od tej mniejszej części. Niby tylko cztery trasy 3x1km + 2,8km. Ale za to wszystkie powyżej 2000m. Już drugi przejazd pozwolił młodemu przekroczyć barierę 100km/h. Po jakiejś godzinę zjechaliśmy na dół i zmieniliśmy część ośrodka. Trzy wyciągi narciarskie później byliśmy na Falorii 2352m n.p.m. Najpierw zjechaliśmy jedyną niebieską (ok 3,5km) potem udaliśmy się na czarną trasę olimpijską z 1956r. Kolejny zjazd to czarna 63, pusta, dobrze wyprofilowana z długim „płaskim” końcem. Już po pierwszym zjeździe młody wiedział że to to czego szukał. Szybkie sprawdzenie GPS tylko to potwierdziło – 104,5km/h. Szybka decyzja zmiana nart. Ustaliliśmy że ja jadę do auta po narty gigantowe a Szymon zapoznaje się z trasą.

Niestety źle dobrałem trasę, 66 to nie był szczęśliwy numerek. Pod sam koniec tej trasy była mocna pionowa ścianka, straciłem na niej przyczepność i resztę zjazdu pokonałem w postaci kuli śniegu… Dopiero jak się trochę wypłaszczyło to udało mi się użyć nart jako kotwicy i się zatrzymać. Po powrocie do syna udaliśmy się na miejsce startu próby pobicia rekordu prędkości. Jeszcze tylko przygotowanie fotografa i można zaczynać.

Cała próba trwała ok 40 sekund, ale to wystarczyło. Od dziś nowy rekord prędkości zjazdu na nartach wynosi u Szymona 124,2km/h

Po takim wyczynie trzeba było ochłonąć i coś zjeść. Niestety tutejsze lokale nastawione są na innych klientów. Skończyliśmy w modnej restauracji gdzie siedzieliśmy przy białych obrusach jak średniowieczni rycerze (odziani w zbroję). Jedzenie i obsługa było ok, widoki z okien wspaniałe, mimo to nie masz klimat.

Po obiedzie jeszcze chwilę pojeździliśmy i niestety trzeba było zbierać się do auta. A to oznacza koniec naszego zimowego szusowania po Dolomitach w tym roku.

W hotelu jak zwykle czekała na nas wspaniała kolacja. Potem tylko pakowanie i spanie. Jutro wracamy.