Dzień rozpoczynamy bardzo wcześnie, już o 4:30 jesteśmy w busie, który wiezie nas w nieznane. Pół godziny później przedzieramy się przez pole do miejsca startu naszego balonu. Jest tak ciemno, że każdy leżący jeszcze balon wygląda jak góra. Po dotarciu do celu, obserwujemy całą procedurę przygotowania naszego środka lokomocji: wdmuchiwanie zimnego powietrza, wstępne grzanie itp. Po wejściu do olbrzymiego kosza, który podzielony jest fizycznie na ok 4 osobowe sektory (łącznie mieści się tam 30 osób) przechodzimy procedurę zachowania się w sytuacji awaryjnego lądowania. Jeszcze tylko chwila grzania naszego balonu i startujemy. Tu wszystko dzieje się delikatnie i powoli, słychać jedynie  palnik, który co jakiś czas podgrzewa powietrze do ok 110C. Widoki nie od opisania: wschodzące słońce, ponad 100 balonów dookoła i to poczucie wolności i lotu w nieznane. Z danych GPS wiemy, że podczas  naszego godzinnego lotu pokonaliśmy 7 km i byliśmy maksymalnie 730m nad ziemią.

Lądowanie było bardzo delikatne i bezpieczne. Co prawda okazało się, że nie ma tam dobrego miejsca na położenie kopuły balonu, ale ekipa była na to przygotowana. Już po chwili przyjechała wielką terenówka z przyczepą. Wlecieliśmy na nią i… pojechaliśmy na przyczepie w inne miejsce. Przy okazji zablokowaliśmy ruch na głównej drodze, bo nasz balon zahaczył o latarnię. Ciekawą rzeczą był pomiar wiatru na ziemi w miejscu, gdzie miał być położony balon. Nasza pani pilot rozstawiła personel naziemny w kilku miejscach, a oni brali garści ziemi i rzucali go w górę. Dzięki temu było widać kierunek i prędkość wiatru. Po wyjściu z balonu odbył się chrzest uczestników lotu, odebraliśmy pamiątkowe dyplomy i bus zabrał nas do hotelu.

Po śniadaniu i chwili odpoczynku pojechaliśmy naszym autobusem zwiedzać Kapadocję. Byliśmy w Dolinie Gołębi (nazwa pochodzi od wykutych w skałach gołębników), odwiedziliśmy też Dolinę Mnichów, gdzie zachowały się malowidła w wykutych kościołach (kilka się zwiedza – są duże kolejki). Byliśmy też na pokazie skórzanej mody. Ceny kosmiczne – można się targować i dużo zbić. Zdaniem naszego krawca szycie i materiał ok, natomiast problemem są prawa autorskie i posługiwanie się wzorami i nazwami innych znanych firm.

Do hotelu wróciliśmy po 13 i mieliśmy czas wolny. Udaliśmy się na basen, poszliśmy na miejscowa skałę – twierdzę, z której są wspaniałe widoki na okolicę. Próbowaliśmy kupić coś zjadliwego do jedzenia i nie będącego kebabem. To coś nie powinno nazywać się pizzą 😉 Wracając przez miasto, nie wiadomo skąd pojawił się przy nas wielki pies w obroży, nie było nikogo w pobliżu a on ciągle szedł koło nas. Mając złe doświadczenia w takich sytuacjach, nie było nam do śmiechu. Co gorsza w pewnym momencie pies przestraszył się upadającego pojemnika i prawie na nas wskoczył… Na szczęście do hotelu mieliśmy już blisko.

Przed kolacją część grupy udała się na pokaz tańca (medytacji w ruchu) wirujących derwiszów. Synowi się bardzo spodobało, a że jest pojętnym uczniem, to po chwili już sam medytował w rytmie głośnej muzyki (spał).

Po kolacji czekała nas ostatnia tego długiego dnia atrakcja – wieczór turecki. Pojechaliśmy do wykutej w skale groty, gdzie uraczono nas miejscowymi trunkami  (bardzo dobre wino) i mogliśmy oglądać pokazy artystyczne. Wracając, nasza przewodniczka nie chciała zabrać nas do innego takiego lokalu, a po powrocie do hotelu musiała pilnować, by nikt nie wskoczył do basenu…