Wcześnie rano idziemy na śniadanie (raczej dla koneserów) wyjazd mamy 7:30. Tym razem mamy duży autokar że wszystkimi wygodami (wifi i picie). Przed nami teraz 5 godzin jazdy z przerwami na jedzenie i odpoczynek.

Zwiedzanie Pumukkale i Hierapolis zaczynamy po 12:00, Pani przewodnik robi nam wstęp i pokazuje na co zwrócić uwagę, gdzie iść itp. i daje nam 3h „wolnego”. Wapienne tarasy w większości są bez wody (susza) to co można zwiedzić (bez butów) wymaga sporo samozaparcia i cierpienia, te skały wcale nie są takie gładkie, a woda nie jest zima. Mimo wszystko trochę tam chodzimy. Obchodząc tarasy znajdujemy takie nawodnione i robimy sobie tam sesje foto. Kolejny przymusowy punkt programu to zakup picia. Tu jest ponad 40C i człowiek długo nie wytrzymuje bez nawodnienia.

Hierapolis jest mocno zniszczone :), ale odnajdujemy tam kilka fajnych miejsc. Dodatkowo nasz mały biolog co chwila znajduje jakiś ciekawy okaz miejscowej fauny.

Ugotowani. Przyjemnością wsiadamy do autokaru i kolejne dwie godziny spędzamy na spaniu. Nasze miejsc noclegu okazuje się mieć basen. Mimo głodu szybko w nim lądujemy – tego nam było potrzeba.

Obiad nie zachwyca – niby szwecki stół, duży wybór ale większość to potrawy robione na jedno kopyto – rozgotowany ryż, jakiś sos z pomidorów i papryki, ciasta z miodu i orzechów, oliwki, papryką itp.(my wiemy że jesteśmy wybredni).

Po „obiedzie” idziemy na miasto – to jakieś 15 min. spaceru. Warto było, w centrum Selcuk jest dużo knajp. Kupujemy miejscową odmianę „pizzy” – mielone mięso i jajko, oraz „kebaba’ z grillowanym kurczakiem, sosem na bazie jogurtu, czosnku i jakiejś przyprawy ala mięta. Pychota!

Wracając kolejny raz mamy lekcje biologia (gekon) i poznajemy Turcję od tej mniej turystycznej strony. Do hotelu wracamy przed 23.