Dziś ruszyłam w stronę Santa Maddalena, zostawiona przez chłopaków na początku szlaku w Monguelfo. Start był naprawdę wymagający: leśny, zimny, pod górę — aż łzy zamarzały mi w oczach. Dopiero po około pięciu kilometrach zrobiło się lepiej, bo odnalazłam odnogę ścieżki po słonecznej stronie.

To był strzał w dziesiątkę. Droga tonęła w słońcu i prowadziła środkiem doliny, więc wreszcie pojawiły się widoki i — nareszcie! — więcej ludzi na trasie. Niestety sama trasa trochę się dłużyła, bo każdy metr trzeba było wypracować, narty nie niosły mnie same.

Gdy zostało około trzech kilometrów do Maddaleny, odpuściłam, żeby zdążyć wrócić za dnia do Hotelu Tyrol, gdzie byłam umówiona z chłopakami. Niestety w lekkim amoku pomyliłam drogę, wróciłam inną pętlą i… doszłam dokładnie do miejsca, z którego wyruszyłam. Ostatecznie, niemal o 17.00, chłopaki mnie zgarnęli. Licznik odnotował 31 km.