Pierwszy raz ruszyliśmy zwiedzać bez bagażu (jesteśmy tu dwie noce). Mimo to już o 8:00 byliśmy w autokarze, pół godziny później szliśmy już do portu gdzie czekał nas rejs po Bosforze. Wiało mocno, ale widoki pozwalały zapomnieć o panującym tu „chłodzie”. Dopłynęliśmy do drugiego mostu płynąc po stronie europejskiej a wróciliśmy do portu płynąc po stronie azjatyckiej.
Następnym punktem programu był bazar „egipski” tu żona kupiła sobie kolejne miejscowe letnie spodnie. Zjedliśmy też śniadanie bo te hotelowe to nie nasze klimaty.
Następnie udaliśmy się w okolice Hagia Sofi, tu na początek weszliśmy do błękitnego meczetu (konieczne było odpowiednie ubranie). Dalej poszliśmy przez starodawny hipodrom do Hagi Sofi. Od 2020 jest ona znowu meczetem. Zwiedzanie możliwe jest tylko specjalnie wyznaczoną trasą turystyczną.
Po przerwie obiadowej poszliśmy do pałacu sułtanów Topkapi. Po miłej pogodzie z rejsu nic nie zostało. Każdy kawałek cienie był na wagę złota. Pałac nie wygląda na coś dużego, ale to tylko pozory. Na początku wygląda że nie ma tu czego zwiedzać, ale nasza przewodniczka Aleksandra stopniowo odsłania kolejne ciekawe historie z nim związane. Kulminacją jest dodatkowo płatne wejście do haremu. To co tam zobaczyliśmy odmieniło moje postrzeganie tej części świata. To co oni posiadali już w 14/16 wieku, teraz rozumiem powiedzenie że ktoś jest „100 lat za murzynami”. No ale to już nie pierwszy raz gdy taka wycieczka prostuje „zdobytą w szkole jedyna słuszną wiedzę”. Zresztą pojęcie harem też jest błędnie interpretowane przez nas „Europejczyków”.
Zmęczeni pałac opuszczamy chwilę przed zamknięciem o 18:00. Jeszcze tylko 40min. stania w korkach i jesteśmy w hotelu. Moglibyśmy być tam wcześniej ale grupa wolała „zwiedzać” pałac niż udać się do hotelowego basenu. Byliśmy z Szymonem wyśmiani że chcemy popływać. Co ciekawe grupa zwiedzająca jako pierwsza okupowała miejsca siedzące w miejscu zbiórki, a do autokaru ledwo doszła narzekając że musieli zrobić dziś po 20.000 kroków.
W hotelu mieliśmy basen tylko dla siebie (wszyscy polecieli na obiad) a potem padli w pokojach lub poszli pić i palić to co przywieźli z Polski (tu zakup alkoholu wcale nie jest prosty) przed hotelem. Jak już się napływaliśmy to poszliśmy na obiad, czym wywołaliśmy zamieszanie na kuchni bo oni byli już pewni że wszyscy z naszej grupy już jedli 😉 (posiłek był w godzinach 19 -21, my byliśmy ok 20:00). Jedzenie było pyszne – dobrze ugotowany ryż, kura (gyros), pieczone ziemniaki, desery. Dobrze doprawiona miejscowa zupa z cieciorki. No ale wieczorny spacer musi być.
Z okien hotelu widzieliśmy centrum handlowe (okazało się drugim co do wielkości w Stambule) jedyny problem to dojście do niego – było za skrzyżowaniem autostrad. Nawigacja wyznaczyła nam pieszą trasę – 3h w jedną stronę. Na szczęście okazało się że w okolicy mamy jeszcze 6 takich „sklepów”, wybraliśmy to z najłatwiejszym dojściem. Jakieś 20min. później byliśmy już w 212 Outlet. Centrum było ok 2x większe od galerii młociny a strefa jedzenia była imponująca. Trafiliśmy na promocyjne ceny w sklepie odzieżowym (-50%) a jako obywatele EU nie zapłaciliśmy też podatków i ceny wyszły praktycznie 1/3 sprzed promocji.
Jedząc pizze temat z szedł na trzęsienia ziemi bo Syn dziś zaobserwował dzień zjawisko w pokoju – same zaczęły poruszać się firanki, pospadały mu jakieś lekkie rzeczy z półek. Po chwili wyczytaliśmy że 200km od Stambułu było dziś trzęsienie ziemii które było odczuwałem w Stambule. Rozmawiając o tym poczuliśmy mocne wibracje i poczuliśmy się dziwnie – na szczęście to była tylko pracująca maszyna do sprzątania podłogi 😉









Comments are closed.