Dzień zaczęliśmy od zgubienia się w metrze 🙁 przez co wysiedliśmy nie tam, gdzie powinniśmy. Dzieci zjadły po kebab boxie i poszliśmy do Belwederu. Tu niestety nie udało się kupić biletów wstępu do muzeum z dziełami Klimta, więc poszliśmy zwiedzać gdzie indziej. Po drodze złapał nas deszczyk i mogliśmy poczuć się jak przemoczone kury.
Muzeum Historii Naturalnej pozwoliło nam wyschnąć oraz posłuchać wykładów syna o mrówkach i pająkach, przy okazji spotkaliśmy też chomika europejskiego. Na obiad kolejny raz udaliśmy się do Vapiano.
Jako że w prognozach miała być burza, postanowiliśmy wrócić do hotelu. Wcześniej jednak odbyłem nierówną walkę z bankomatami. Chciałem pobrać euro, kartę mam podpiętą do telefonu. Myślałem, że jak w Polsce bez problemu to załatwię, niestety w Wiedniu znaleźć bankomat realizujący taki sposób transakcji nie jest wcale łatwo. Najlepszy okazał się bank Austrii – by wejść do bankomatu trzeba było użyć karty plastikowej, natomiast w środku był bankomat z modułem bezstykowym…
Wieczorem znowu poszliśmy na Prater, tym razem młody nas „załatwił” (zrobił sobie listę atrakcji, którymi chce się przejechać). Zaczął od największej mobilnej kolejki górskiej – Olimpia. Następnie poszedł na jeszcze dwie inne takie kolejki (dzięki temu zaliczył przeciążenia do 5G, swobodne opadanie z ok 30m czy przejazdy z prędkością 100km/h). Był też na karuzeli Ekstazy, gdzie cała zabawa polega na oszukaniu ludzkiego mózgu, by ten nie wiedział, że człowiek kręci się do góry nogami. Z nami był na karuzeli łańcuchowej i w domu strachów.
Na koniec dzieci zjadły po kolejnym kebabowym boxie i dopchały maczkiem. My na natomiast skosztowaliśmy wiedeńskiego tortu czekoladowego. Do hotelu znowu wróciliśmy ok. 23.00.







Comments are closed.