To jeziorko chciałam odwiedzić już rok temu, ale wtedy zabrakło czasu. Tym razem zrobiłam kilometrowy spacer wzdłuż jezdni, a potem odkryłam przystanek, z którego odjeżdżają autobusy do Braies. Na miejsce dotarłam razem z grupką włoskich seniorów, którzy przepychali się w komunikacji z zapałem porównywalnym do niektórych polskich.
Żeby trochę odetchnąć od tłumu, ruszyłam obejść jezioro w lewo, zgodnie ze wskazówkami zegara. Początkowo prowadziła tam zwykła ścieżka, która po chwili zamieniła się w schody i zaczęła piąć się coraz wyżej. Nie udało mi się jednak okrążyć jeziora — trasa nagle się skończyła, zamknięta z powodu silnego oblodzenia. Wróciłam więc i dołączyłam do ścieżki, którą podążała większość odwiedzających.
Tłum w dużej mierze chodził po tafli jeziora, oczywiście zamarzniętej. Co jakiś czas spod lodu dobiegały dziwne odgłosy, więc wolałam trzymać się przybrzeżnej drogi. Był jednak moment, kiedy i ja znalazłam się na lodzie — inaczej nie dało się przejść.
Nad jeziorkiem zostałam do 13.00. W tym czasie zdążyłam obejść je prawie całe i zrobić mnóstwo zdjęć z różnych punktów widokowych. Po 13.00 zdecydowałam, że wracam do miasta pieszo, bo znalazłam drogę prowadzącą w dół przez las. To było kolejne 5 kilometrów, ale trasa była przyjemna i w większości w dół. Ucieszyłam się, że intuicja dobrze mi podpowiedziała, by przyjechać nad jezioro autobusem.
Na ostatniej prostej, już w mieście, z jednego z podwórek wybiegł pies w obroży. Zwolniłam, zignorowałam go i poszłam dalej, starając się zachować spokój. Udało mi się uniknąć jego zębów, a po chwili pies zawrócił do gospodarstwa. Sto metrów dalej był już mój przystanek autobusowy, z którego wróciłam do Ponticello.










Dodaj komentarz