Budzi nas słońce i już chce się żyć, co prawda jak zwykle nie ma upału, ale 8C i brak wiatru pozwalają myśleć, że będzie miło. Już o 10.00 jedziemy autem 30 km, by w okolicach zbiornika Sance w miejscowości Jamnik przesiąść się na rowery i pognać przed siebie. Na początek musieliśmy objechać jezioro, potem asfaltem wśród lasu pięliśmy się do góry, by po małym pchaniu (brak asfaltu) znaleźć się w Visalaje na wysokości 760 m. Teraz zimny zjazd na 600 m i o 13:36 zaczynamy podjazd (9 km, 700 m różnicy poziomów ). Mamy na ten podjazd sposób i stajemy co 50 m różnicy poziomów. Na przystanku 1000 m spotykamy leśników, którzy w sprytny sposób wyciągali drzewo na drogę z głębi przepaści. (taka wielka kolejka górska rozpięta na drzewach). O 16.00 pojawiamy się na szczycie Łysej Hory, zmęczeni, ale szczęśliwi. Niestety na górze wszystko zamknięte, a jedyny słyszalny język to polski… (widać że mamy weekend majowy). Po jakichś 30 min. zaczynamy zabawę w drugą stronę i po chwili jesteśmy na 850 m, gdzie odbijamy w prawo na ścieżkę, która pozwoli zaoszczędzić nam 10 km jazdy. Nie wiem, jak Czesi to robią, ale w dzikiej głuszy w środku lasu mają piękne asfaltowe drogi, z których korzystają rowerzyści i leśnicy. Jeszcze tylko jakieś 7 km i jesteśmy przy aucie. Oczywiście pod koniec mija nas ekipa czeskich cyklistów, ech… Po powrocie zostawiamy rowery i jedziemy na zakupy, by ok. 20.00 zjeść kluchy na obiad i niestety zaczynamy się pakować, bo jutro wracamy do Warszawy.